Teneryfa - rodzinne All Inclusive - cz. 1

    Powrót na wyspę wydawał mi się w pierwszym momencie czymś szalonym. Przecież całą już kiedyś zjeździłam, co jeszcze można ciekawego tam zobaczyć? Wulkan, wybrzeże, wąwóz i kolorowe uliczki małych miasteczek… to już wszystko było! Jednak druga myśl była całkiem odmienna. Jedziemy tym razem we trójkę (z pięciolatkiem) i będziemy oglądać Teneryfę z zupełnie innej perspektywy. Byłam bardzo ciekawa jak wyglądają Kanary z punktu widzenia małego dziecka (czyli jakieś kilkadziesiąt centymetrów „niżej”).
    Dość szybko się zdecydowaliśmy, wybraliśmy hotel (z All In, gdyż nie byliśmy pewni czy poradzimy sobie z doborem jedzenia dla dziecka) i siedzieliśmy już w samolocie. Pierwsze wrażenia już na lotnisku – chłopaki po raz pierwszy wsiadali do samolotu i to na ponad 5h! Poczekalnia była pełna kilkulatków, które biegały od okna do okna oglądając kolejno podstawiane maszyny. Najbardziej zauważalne i rozpoznawalne były kolory i flagi na ogonach. Stąd dzieciaki wymyślały dokąd dane samoloty będą wyruszać i niecierpliwiły się kiedy w końcu podstawią właściwy samolot, którym będą mogły lecieć.
    Arek był oczarowany – uwielbia oglądać startujące i lądujące samoloty (już kilka razy byliśmy z nim na wycieczkach na tarasach widokowych w Warszawie i Wrocławiu). Po jakiejś godzinie usłyszeliśmy, rozpoczął się „boarding” do naszego samolotu (lot nr AEI 408). Na biletach widniały tajemnicze cyferki i literki (10 D, 10E, 10F), które Arek rozszyfrował już w samolocie: „przecież to numery naszych miejsc!”. Nasze plecaki wylądowały na górze, my usiedliśmy na wyznaczonych fotelach i byliśmy gotowi na dalszy ciąg ciekawostek. Stewardesa poinformowała jak się poprawnie pozapinać, sygnał i zapalone światełka o zapiętych pasach zapaliło się, a samolot ruszył z miejsca.
    Arek siedział cicho, wlepiony w maleńkie okienko i obserwował kiedy samolot oderwie się od ziemi. Obydwu chłopakom strasznie podobał się moment wciśnięcia w fotel i przechylenie się samolotu nad autami i warszawskimi blokami, które od tej pory wyglądały jak malutkie zabaweczki. Sama podróż wszystkim się dłużyła – w końcu to ponad 5h w jednym miejscu, bez możliwości na jakiekolwiek szaleństwa. Za oknem czasami przebijały się między chmurami jakieś widoki. Na nasze nieszczęście wszystkie interesujące „obiekty” były widoczne z drugiej strony samolotu (o czym informował kapitan i monitorki wiszące nad naszymi głowami). Po około 5h lotu zaczęły pojawiać się kolejno Wyspy Kanaryjskie. Odczuwało się już koniec latającej podróży i przedsmak przygody. Po wylądowaniu szybko odnaleźliśmy nasze bagaże, a chłopaki byli już oczarowani napotkanymi palmami, które na wyspie rosną, tak jak u nas pospolite są topole. Pierwsze spotkanie z rezydentką (która wręczyła nam dodatkowy pakiet informacji o wyspie i jej atrakcjach oraz terminie spotkania w hotelu) i poszukiwanie odpowiedniego autobusu, który miał nas dowieźć do hotelu trwało w mgnieniu oka.

Więcej...