12.01 2017 SJESTA, DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI, CZYLI NIC-NIEROBIENIE!

Pobudka o poranku z uśmiechem synka nad głową…żadnych obciążeń problemami (korporacyjnymi „wyzwaniami”), więc niespiesznie można było opuścić łóżko i ten wręcz zmrożony pokój.

Za dużo nie trzeba było się ubierać, bo tradycyjnie ruszyliśmy w stronę plaży. Ten rytuał mi się strasznie podobał. Od rana moje oczy cieszyły się na widok tego błękitno – turkusowego bezkresu. Olek też się do tego przyzwyczaił, bo sam wybiegał do furtki na plaży.

O jednym musieliśmy bezwzględnie pamiętać – o nakremowaniu się, teraz już z filtrem 30, bo złapaliśmy trochę kolorku. Wybiegliśmy na bosaka, w kąpielówkach i koszulkach. Piasek pod stopami delikatnie łaskotał, a woda była ciepła i przyjemna. Jak ktoś zazna takich warunków, to mu się przestanie uśmiechać wizyta nad Bałtykiem, nawet w sezonie.

Było niesamowicie spokojnie, Olka specjalnie też nie trzeba było pilnować. Miałam chwilę żeby zamknąć te widoki na zdjęciach, choć wiedziałam, że nawet najlepsze foto tego nie odda. Kolory, przestrzeń, ciepło, lekki wiaterek, to wszystko, co zapamiętam przy każdym zamknięciu oczu i myślach o Zanzibarze.

Śniadanie tradycyjnie jedliśmy na tarasie. Kończyły się już płatki kukurydziane (zabrane z Polski), więc Olo zapytał czy możemy iść i kupić nowe w sklepie. Nie do końca mógł zrozumieć, że na nową paczkę, musi poczekać do powroty do Polski.

Po śniadaniu wzięliśmy wszystkie zabawki i zagnieździliśmy się na dobre na leżakach. Tak niewiele, a tyle radochy. W domu klocki, autka, maskotki, książki…leżą wszędzie i zawsze jest problem, bo potrzebne Olkowi coś nowego. A tu miał kilka autek, pare figurek bohaterów i ze 4 gazetki i mu w zupełności wystarczyły. Fakt, że po prawie 2tygodniach repertuar wymyślanych historyjek mu się wyczerpał, ale nie narzekał. Przygotowywaliśmy akcje ratunkowe, ścigaliśmy złych, bo kradli coś wartościowego, czy też ścigaliśmy się autami i sprawdzaliśmy które auto pojedzie najdalej.

W wolnych chwilach do Olka przychodził nasz znajomy – Hasan, który chciał choć chwilę pobawić się z małym przyjacielem. Fajnie było patrzeć, że Olek się otwiera. I nie przeszkadzało mu, że Hasan jest ciemnoskóry, i to że nie mówi po polsku. Czasem potrzebowali tłumacza, jak Olek usilnie chciał przedstawić całą historię, w którą mieli się bawić. A czasem tak wciągali się w zabawę, że Olkowi wystarczyło wykorzystanie znajomości tylko kilku słów, których nauczył się w przedszkolu. To niewiarygodne, że u dzieci nie ma tych miliona uprzedzeń. Mój synek raczej należy do tych ciekawych, otwarcie mówiących o swoich uczuciach i przemyśleniach. „Dlaczego on jest czarny, czemu nie mówi po polsku?”, to były dwa najprostsze pytania. Kolejne wymagały więcej inwencji i zastanowienia się dokładnie, co powiedzieć. „Dlaczego Hasan nigdy nie wyjeżdżał daleko (zagranicę), czemu nie ma dzieci, czemu mieszka w pustym i nieskończonym domu, no i dlaczego pracuje gotując?”. Odpowiedzi na takie pytania wydawały się oczywiste, ale po zastanowieniu już nie takie proste.
Zabawa była przednia, Olo był szczęśliwy, bo nie tylko mama się nim interesowała.

Wyszliśmy jeszcze na chwilę na słońce, pobiegaliśmy w jedną i drugą stronę zanim zainteresowały się nami dzieciaki z wioski. Potem wróciliśmy do pokoju. Krótki prysznic żeby zmyć się z piachu i mogliśmy złapać chwilę drzemki. Sen pochłonął nas obydwoje, odłączyło nas na ponad 2h. I znów byliśmy pełni energii żeby zaszaleć.

Nie pozostało nam nic innego tylko … iść na plażę. Woda się zbliżała, zbliżał się przypływ, więc zbyt dużo czasu nie mieliśmy. Olek zaczął szukać na plaży muszli, patyków, kamyków i innych rzeczy, które nadawały się do rzucania daleko przed siebie. Pochłonęło go to, więc wciągnęłam się i ja. Zaczęłam robić kulki z piasku i układać je obok Olka żeby miał czym rzucać. Co raz dalej i dalej. W końcu zrobiliśmy sobie konkurs kto dalej rzuci i która kulka zrobi większy rozprysk. Ja miałam piasek wszędzie. Olek miał tak szeroką ścieżkę rzutu, że dookoła było w drobinkach z jego kulek. Wakacje, więc wcale się nie przejęłam, tym bardziej, że wiedziałam, że i tak za pierwszym razem nie wypłuczę piachu z włosów, a ciuchy już i tak są sztywne od soli. Naprawdę się wyszaleliśmy, tak na maksa. Niby dzień bez „atrakcji”, a obydwoje spędziliśmy genialnie czas.

Wieczorem postanowiliśmy zjeść u nas, więc poprosiliśmy Hasana o przygotowanie ryby z ryżem i sosem. Przy takim upale za dużo nie chce się jeść, ale potrawy zanzibarskie, szczególnie ryby i owoce morza przyciągały samym zapachem. Olkowi wystarczył ryż z sosem. I tu znów niespodzianka. Zwykle Olek wymyśla co będzie jadł, a czego nie. A tu wiedział, że menu jest ograniczone, że dużo rozmaitości tu nie ma, więc często mówił, że chce ryż lub makaron, w porywach z sosem pomidorowym.

Jedzenie, prysznic i był już czas na sen.