11.01 2017 REGATY „NGALAWA RACE”, PYSZNY OBIAD I SJESTA

Jak codziennie, poranek rozpoczęliśmy od spaceru po plaży. Znów odpływ, więc po raz kolejny oglądaliśmy poletka wodorostów oraz kobiety, które w skupieniu je zbierały. To niewiarygodne, że to zajęcie jest aż tak wciągające.

Olek się już opatrzył, nie było to dla niego już nic ciekawego, tylko woda i „fusy” i osoby zbierające, przebierające to coś.

Biegaliśmy, rysowaliśmy po piachu oraz szukaliśmy skarbów (muszli, patyków, czy innych elementów, które wyrzuciło na brzeg morze, np. skorupa kokosa czy szyszki).

Powrót do willi był dla Olka istnie królewski. Wpakował się na barana i był super zadowolony. Widziałam, że miejscowi się nam bardzo przyglądają. Nie wiem, czy tam się dzieci nie nosi, czy dziwili się, że taki duży chłopak, a mama dalej daje radę.

Śniadanie też już stało się w tej formie tradycją. Owoce, tosty, naleśniki i jajko, to był mój zestaw, a Olka wzbogacony o płatki czekoladowe na mleku.

Poprzedniego dnia dostaliśmy cynk od Ewy (Super Safari), że w Jambiani tuż obok szkoły mają odbywać się regaty łodzi rybackich (dau – dhow) z całej okolicy. Przy okazji miała to być okazja do zobaczenia barwnego społeczeństwa. Taka okazja nie zdarza się co tydzień.

Regaty miały być upamiętnieniem rewolucji, obaleniem sułtanatu, co w konsekwencji dało ludności wolność. Był 11.01 , więc w przede dzień oficjalnych uroczystości w Stone Town.

Samo południe, więc wysmarowałam nas od stóp do głów i wyszliśmy w stronę szkoły. Olek biegał i skakał po wodzie. Mijaliśmy pojedyncze osoby, głównie turystów. Lekko dało się odczuć, że coś mieszkańcy szykują, bo mężczyźni zbierali się dookoła swoich łodzi, a kobiety były bardzo kolorowo ubrane (odświętnie – tak to wyglądało).

Szliśmy  dłuższą chwilę, mijaliśmy luksusowe wille, restauracje – bary, hotele, jak również mniejsze, mało efektowne domy miejscowych. Choć nie wiedzieliśmy gdzie jest szkoła (nie byliśmy jeszcze tam), nie mieliśmy problemy żeby ją odnaleźć. Już gromadzili się tam ludzie. Dzieciaki w strojach szkolnych rozglądały się dookoła co i kiedy będzie się działo, a w eter puszczona była muzyka, więc czasem ktoś dał się ponieść pląsom.

W tłumie wypatrzyliśmy Ewę. Nie było to trudne. Białej karnacji trudno nie zauważyć. Poznaliśmy też Pawła, który wpadł dosłownie na kilka minut. Nasi polscy sąsiedzi schowali się przed słońcem, a my wtapialiśmy się w tłum.

Dopływało coraz więcej łodzi i zaczęło robić się gęsto na brzegu. Nasze obserwacje dały nam kolejne informacje o tutejszej ludności. Panowie i chłopcy zwykle ubrani byli bardzo „europejsko” – koszulka, spodenki i klapki. Panie za to osłonięte całe – chusty na głowie, sukienki lub tuniki po same kostki. Panowie i chłopcy na plaży, przy łodziach intensywnie konwersowali, a panie z dziećmi ukrywały się przed słońcem w cieniu pobliskich palm i budynków.

Pełna sielanka bez wodzireja. Na brzegu zrobiło się gęsto, zebrał się niezły tłum. Wszyscy zadowoleni, podekscytowani i bardzo przyjaźni.

Po jakimś czasie nastąpiło małe zamieszanie. Jeden delikwent zaczął biec wzdłuż linii brzegowej i coś krzyczał. Wszyscy członkowie ekip łodzi zaczęli się szykować. Przez głośniki wyszła komenda do startu i wszystkie dau wypłynęły. Było słychać mnóstwo okrzyków, regat czas zacząć.

Łodzie szybko się oddaliły. Wszystko wyglądało, jak regaty żaglówek na Bałtyku, w okolicach Helu. Na horyzoncie pełno białych żagli, a na brzegu oczekujący imprezowicze. W tym czasie, gdy łódki się ścigały, na brzegu przygotowane były jeszcze inne atrakcje. Ratownicy pokazywali swoje umiejętności oraz szkolili jak zachować się w przypadku wypadku na morzu. Dla dzieciaków też było coś przygotowane. Dwie grupy mogły choć chwilę pouczyć się pływać pod nadzorem instruktorów.

Powrót łodzi był bardzo ekscytujący, każdy wypatrywał liderów. Wiatr i płycizny nie pomagały, ale ci najlepsi, mieli to wszystko wyuczone na tyle, że wysunęli się wyraźnie na prowadzeniu. Nie była to żadna inna załoga, tylko ta, z którą wypływaliśmy z Olkiem na rafę dwa dni temu. Trochę ulżyło mi na serduchu, bo fajnie wiedzieć, że płynęło się z najlepszymi.

Impreza dobiegała końca, więc skierowaliśmy się w stronę „domu”. Dość długo nam to szło, bo Olcio wymyślił zabawę wbiegania do wody tak, jak stał. Właśnie to tutaj było boskie. Wbiegasz do wody po sam czubek nosa i za chwilę wszystko na tobie wysycha (tylko trochę sztywnieje od soli).  Nim uszliśmy 10 minut, Olo już był już suchy. Po jego zabawie pozostał tylko piasek we włosach, który dostał się tam razem z czapką lądującą co i rusz na plaży.

Ewa miała jeszcze chwilę czasu, więc poszliśmy razem na mały obiad do restauracji hotelowej tuż przy Oceanie. Znaleźliśmy stolik w cieniu, zamówiliśmy i rozpoczęło się czekanie. Jak już pewnie wspominałam, tu wszystko płynie swoim tempem pt „pole pole” (powoli, powoli). Z Ewą miałyśmy czas na pogaduchy, a Olo zaczął w końcu łobuzować z nudów. Jedzenie zaraz się znalazło, jak tylko Olek wykopał węża ogrodowego z pobliskich roślin. Było bardzo smacznie i świeżo. Sam właściciel restauracji podszedł żeby sprawdzić czy wszystko nam smakuje i czy spędzamy w tym miejscu miło czas. Mimo, że wiem, że to przez Ewę, którą ten człowiek zna, to fajnie jak jest wokół zainteresowanie. Czas obiadu szybko minął, nie ma to jak super towarzystwo. Zaczęliśmy powoli się zbierać.

Z daleka był widać, że poziom wody się podniósł, trafił się przypływ. Jakiś kawałek dało się iść plażą, ale potem stawało się to zbyt uciążliwe. Fale były wyższe (do uda) i mocniejsze. Olek już nie bardzo dawał sobie z nimi radę. W związku z tym skręciliśmy w stronę wioski, obejdziemy najwyższe fale klucząc uliczkami wzdłuż plaży. Nie miałam nic przeciwko, bo Ewa poruszała się w wiosce, jakby było to jej miejsce urodzenia. Mieliśmy przy tym okazję jeszcze rozejrzeć się dookoła. Krowy, kozy samopas szukały na ścieżkach czegoś do przegryzienia (gazety też były ok). Czasem pojawiały się dzieciaki, które zza rogu nas obserwowały, a dorośli patrzyli z niedowierzaniem gdzie my się zapuszczamy. Dość szybko zeszliśmy z powrotem na plażę i znaleźliśmy się obok naszego miejsca noclegu. Ewa poszła do siebie, a my zostaliśmy wśród fal, już mniejszych i niegroźnych. Olkowi strasznie się podobało, że go goni woda i łaskocze po nogach. Teraz razem biegaliśmy po wodzie i nie ważne było czy sobie coś zmoczymy, czy pobrudzimy. Ważna była odskocznia, reset i ta niesamowita radocha. W tym czasie nie widzieliśmy czy się ktoś na nas patrzy, czy dookoła się coś dzieje. Byliśmy tylko my – Olo i ja.

Dzień był słoneczny i dość wyczerpujący, dlatego padliśmy na leżaki na tarasie i nie mieliśmy ochoty już się nigdzie więcej ruszać. Bawiliśmy się zabawkami, oglądaliśmy przepływające łodzie i kate’y, a na koniec oglądaliśmy bajki na tablecie i układaliśmy puzzle, czy szukaliśmy par na telefonie (trochę cywilizacji). Wieczór nadszedł niespodziewanie szybko. Zmęczenie też nas znalazło. Wykąpaliśmy się, włączyliśmy klimatyzację i odpłynęliśmy.