10.01 2017 POLA WODOROSTÓW, WIZYTA W WIOSCE, TAPLANIE SIĘ W OCEANIE

Mimo, że przelecieliśmy strefę czasową (+2h) i mieliśmy okiennice w oknach, Olo obudził się o 6 rano. Dzięki temu mamy bardzo długi dzień do poznawania kolejnego kawałka świata i odpoczywania. Czas płynął sobie spokojnie. Zjedliśmy śniadanie, rozłożyliśmy się na leżakach i … zaczęliśmy „nic nie robienie”. Było tak przyjemnie…słońce, które próbowało wkraść się na nasz taras, wiatr, który nieodłącznie nam towarzyszył i spokojne barwy turkusu, szmaragdu i błękitu na przemian. Najfajniejsze było to, że nie napinaliśmy się, nie sprawdzaliśmy która jest godzina, jaki jest dzień tygodnia i czy zdążymy „zaliczyć” kolejną atrakcję. Tu ma się czas na wszystko i zawsze.

Czasem udawało nam się zamienić kilka zdań z kucharzem z naszego domu, Hasanem. Bardzo chętnie opowiadał nam o wyspie, ludziach, wiosce i trochę o sobie. Zapytałam go czy może oprowadzić nas po wiosce i pokazać nam typowy, tutejszy dom. Zgodził się od razu. Powiedział, że jak skończy i będzie miał przerwę, to nas zaprowadzi.

Mieliśmy w związku z tym trochę czasu. Morze mocno odpłynęło, więc na plażę wyszło mnóstwo kobiet. Zbierały one wodorosty, które sprzedawane były głównie na kosmetyki do Chin. Wyszliśmy z Olkiem, żeby trochę podpatrzeć i jak się uda cyknąć fotkę.

Ze zdjęciami ludzi jest różnie. Z daleka i zaskoczenia nie ma problemu. Co do portretów, czy detali z bliska jest gorzej. Ale nie dlatego, że generalnie tu ludzie nieśmiali, ale widzą w tym źródło „dolara” i wyciągają po niego rękę.

Wyszliśmy dość daleko w morze. Musieliśmy być ostrożni, żeby nie wejść na meduzę, jeżowca, czy zwyczajnie żeby nie zaplątać się w sznurki od wodorostów. Mimo, że piasek był grząski i szliśmy jak po wciągającym błocie, Olo miał niezłą zabawę.

Razem z nami wyszli nasi polscy sąsiedzi. Robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia. W końcu moja rodzinka będzie szczęśliwa. Przywiozę choć jedno zdjęcie na tysiące, na którym będę ja.

Zaczęło robić się gorąco, słońce paliło. Nie wiem jak te kobiety wytrzymują w kucki tyle czasu, ubrane po zęby. I do tego noszą te wielkie, mokre wory.

W końcu przyszedł czas na wycieczkę. Ubraliśmy się (bo już pamiętałam – zakryte ramiona i spodenki), zapakowaliśmy kilka drobiazgów do rozdania i ruszyliśmy. Wioska dość spora, ale wszystko wydawało się takie samo. Każdy zakamarek, każdy dom, czy podwórko, nic się nie wyróżniało. Domy szare, z kamienia (skamieniałego koralowca) lub cegieł, pokryte blachą, w oknach w porywach framugi i liche okiennice. Nie do końca potrafiłam odróżnić miejsce zamieszkane, od takiego, które stoi całkiem puste. Ścieżki, czy też ulice, to uklepana ziemia i kamienie. Niestety z czystością kiepsko, więc trochę śmieci i odpadów walało się tu i ówdzie. Całość wyglądała dość osobliwie, bo rzadko można było zobaczyć jakiegoś człowieka. Faktem jest, że jaki się pojawiliśmy, nagle, zewsząd pojawiały się kolejne buzie, głównie ciekawskich dzieciaków. I zaczęło to wyglądać „normalniej”. Całe stadko zaczęło za nami biec i krzyczeć „Jambo!”. Olek znów bardzo się pilnował, za duże zainteresowanie jego osobą na raz.

Hasan zaproponował najpierw wizytę w domu jego babci. Dom bardzo skromny, choć w gabarytach spory, jak na możliwości wiosce. Nie wiem ile osób tam mieszkało, ale w te kilka minut przewinęło się ich sporo. Wchodząc do domu nie wiedzieliśmy co tam zastaniemy. To, że mieszkańcy nie należą do najbogatszych, wiedziałam. To, że możemy spotkać się z biedą też. Ale to „NIC” było aż uderzające.

W pierwszej izbie stało łóżko i kilka misek. Była ona przejściem do dalszej części domu. Dalej była niezadaszona kuchnia, wyglądająca trochę jak mini szałas z paleniskiem w środku. Tam właściwie poznaliśmy babcię Hasana. Starsza kobieta, chodząca, bardzo chudziutka z pomarszczoną ładnie buzią i kataraktą na oczach. Była bardzo gościnna, bo jak dowiedziała się, że ktoś obcy przyszedł od razu zaczęła rozmowę. Szkoda, że jej nie rozumiałam. Mimo, że Hasan tłumaczył, to już nie to samo. Za kuchnią były jeszcze dwie izby. Jedna babci, druga cioci hasana. I to koniec całego domu.

Jak już wspomniałam, szybko zbierali się ludzie.. Zanim się obejrzeliśmy, do domu przyszły dzieci. Miały zaciekawione buźki. Widać, że tak, jak my miały mnóstwo pytań w głowie. Jak daliśmy im małe drobiazgi, aż zaświeciły im się oczy. Małe rzeczy, a cieszą.

Olek był trochę przestraszony, więc podziękowaliśmy za gościnę i wyszliśmy.

Okazało się, że Hasan ma swój dom troszkę dalej i chce żebyśmy tam poszli, poznali jego żonę. Chętnie się zgodziliśmy. Dom jeszcze wykańczany (ale wyglądający jak inne), zbudowany z cegieł, z dwoma większymi izbami, „toaletą” oraz miejscem na kuchnię.

Tam Olek był spokojniejszy i pewniejszy siebie. Chwilę porozmawialiśmy o tym jak się mieszka w wiosce, jak powstawał dom Hasana i dlaczego nie mieszka w mieście.

Na koniec wizyty zrobiliśmy sobie wszyscy pamiątkowe zdjęcie i skierowaliśmy się z powrotem.

Po drodze zebrał się wianuszek dzieciaków, którym daliśmy kilka ołówków i zeszycików. Były przeszczęśliwe, aż podskakiwały. Gdybyśmy tam postali jeszcze minutę, znalazłaby się tam cała wioska. Wieści o białych szybko się rozchodziły.

Do naszej willi Hasan poprowadził nas inną ścieżką, więc nie czułam się jeszcze zbyt pewnie, błądząc jak w labiryncie. Zarówno Olek, jak i ja byliśmy lekko zszokowani, więc postanowiliśmy się trochę wyluzować. Przebraliśmy się i pobiegliśmy do Oceanu… Fale nas przewracały, a ciepła woda muskała nasze przegrzane ciała.

Olek nabrał uśmiechu i biegał po wodzie, jak szalony. Poparzenie meduzą poszło już w zapomnienie i Olo taplał się w wodzie bez opamiętania. Odmoczył się chyba z całego kurzu, za to miał pełno drobnego piachu we włosach.

Dzień był bardzo intensywny i dobiegał ku końcowi.

Byliśmy już lekko zmęczeni wrażeniami, słońcem i aktywnościami w Oceanie. Zostało nam jeszcze jedno zadanie, zjeść coś. Przy takim gorącu można było o tym zapomnieć.

Zamówiliśmy sobie jedno z dań „miejscowych” – miskaki, czyli szaszłyki z kurczakiem i ciemnym ryżem. Do dania dodane było dużo przypraw, dlatego potrawa była bardzo niecodzienna i ciekawa. Chwila odpoczynku w blasku księżyca i zabrałam Olka do pokoju. Trzeba odpocząć przed kolejnym dniem przygód. Usnęliśmy dość szybko.