9.01 2017 PLAŻA I JEJ UROKI, ŁÓDKĄ PO OCEANIE, WYPAD DO WIOSKI I JESZCZE SPACER

Poranek lekko pochmurny, więc spokojnie można było wyskoczyć na mały spacer. Ta pora jest fajna również z innego powodu. Nikt o tej orze Cię nie zaczepia, niczego nie sprzedaje i nie każe sobie dać dolara (jak to robią czasem dzieci).

Kobiety z całej wioski siedziały i przebierały już wodorosty w wodzie, napełniały worki i przenosiły je do wysuszenia. Panów nie było widać, pewnie zajmowali się czymś innym, niż siedzenie pod domem, a dzieciaki w drodze do szkoły.

Cisza i spokój. Pole, pole (wolno wolno) i hakuna matata (pełny luz).

Po powrocie ze spaceru, widząc taką taflę oceanu zachciało się nam wyskoczyć na ten bezkres. Poszłam do Franka i zapytałam czy załatwi nam łódkę, ale tak z kamizelką dla Olka. Oczywiście, nie było problemu. 10$ i o 11:00 mieliśmy stawić się na rejs. Mieliśmy 20min. Szybkie smarowanie, ubranie się, przygotowanie aparatu i kamery i byliśmy gotowi.

Na początku było trochę niepewności. Czy fala będzie nas zalewała, czy łódka nie będzie przeciekać za bardzo i czy nie będzie takiego przechyłu, że Olcio wypadnie. Ale pomyślałam: „bez paniki, będzie dobrze … hakuna matata”.

Wypłynęliśmy z sąsiadami z domku obok. Oni przygotowani byli na nurkowanie.

Panowie szybko nas rozlokowali, każdy miał kawałek ławeczki dla siebie. Najpierw powoli, ale jak wiatr zaczął wiać w żagiel i nabraliśmy prędkości, ląd szybko się oddalał, stawał się malutki i odległy.

Na naszych twarzach zaczął rysować się podziw do ogromnej przestrzeni oceanu i kolorów, jakie przed nami się pojawiały. Błękit i szmaragd wody łudziły nas, że woda jest przyjemna, ciepła i płytka. Same pomyłki, duże fale, zimna woda i bardzo głęboko.

Mimo, że nie wyskoczyliśmy na małe pływanie, widzieliśmy rafę i kolorowe rybki. Olcio poprosił żeby go wystawić w kamizelce do wody, więc spełniłam jego prośbę. Miał ogromną radochę, że „pływa” tak daleki i to sam. Oczywiście go asekurowałam z łodzi, a sąsiadka pilnowała go z wody (miło).

Po jakiejś godzinie pływania i dryfowania po falach oceanu, wróciliśmy szczęśliwi na plażę tuż pod domem.

Ale jeszcze wyjaśnienie co to za łódka. W wiosce mówią, że to dau (z ang. dhow), czyli żaglowy „statek” w stylu arabskim, który tutaj składa się z jednego, głównego żagla, ma dwie płozy po obydwu stronach burt oraz płat sterujący. Wykorzystywany jest głównie do połowów ryb, a w czasie sezonu może trafić się przewóz turystów na snorkeling. Co ciekawe, łodzie te wyciągane są na brzeg żeby wyschły w promieniach palącego słońca, bądź też uszczelniane poprzez opalanie ogniem i żarem zapalonych gałązek. Panowie, mimo, że rzadko, wychodzą na „obchód” w celu sprawdzenia łodzi prze kolejnym wypłynięciem na głębokie wody. Mało kto dobrze lub w ogóle pływa, dlatego dobrze jeśli wszystko jest sprawdzone.

Jak tylko rozebrałam Olka z kapoka postanowiliśmy chwilę odpocząć. W końcu są wakacje i poleżeć na leżaku też musi mieć miejsce. Leżaki na tarasie, wiatr we włosach i wspaniały widok na Ocean… czego chcieć więcej.

Ale nas ten „odpoczynek” zaczął powoli męczyć. Coś byśmy jednak zrobili. Mieliśmy informację, że w pobliżu znajduje się biuro polskich przewodników „Super Safari”, więc czemu go nie znaleźć? Sprawa się trochę komplikowała, bo kogo nie pytaliśmy, to nabierał wody w usta i niby nigdy o takim czymś nie słyszał, albo twierdził, że na pewno nie jest to po tej stronie wybrzeża. My jednak z Olkiem się nie poddaliśmy. Postanowiliśmy przejść wzdłuż plaży i popytać. Ktoś w końcu będzie wiedział.  Skierowaliśmy się na północ, spokojnie idąc i podziwiając widoki oraz obserwując „po cichu” ludzi. Dzieciaki od razu zbiegały się krzycząc z daleka „Jambo!”, a dorośli tylko zerkali czy aby nie robi się im zdjęć. Olkowi spacer się bardzo spodobał, bo mógł wytarzać się w piachu do woli. Sprawdzał jak jest mokro i czy piasek mocno przykleja się do paluszków. W końcu, po kilku prośbach i pytaniach jeden z panów powiedział, że wie gdzie jest biuro i nam wskaże drogę, ale „tak nie możesz tam iść” powiedział. Okazało się, że droga do Super Safari wiodła drogą wzdłuż wioski, więc powinnam być ubrana (zakryte ramiona i zasłonięte nogi). Niestety nie byłam przygotowana, bo myślałam, że to jest gdzieś przy plaży, ale przemiły pan pożyczył mi pareo, którym miałam okryć nogi.

Poinstruowani gdzie i na co zwrócić uwagę udaliśmy się we wskazanym kierunku. „Idźcie wzdłuż tej drogi, jak się skończy wioska, po lewej będzie Villa Pole Pole…to tam”. Szliśmy jakąś chwilę z Olkiem, czułam na sobie spojrzenie każdego mieszkańca wioski wraz z niewypowiadanym pytaniem: „co Wy tu robicie?”

Olek stwierdził, że chodzenie na bosaka po kamienistej drodze nie należy do jego ulubionych zajęć, więc wykorzystał moment żeby wdrapać się na barana. Miejsce znaleźliśmy bez problemu, ale okazało się, że nie zastaliśmy właścicieli. No cóż, może kolejnym razem się uda. Ale odważyliśmy się i powrót nie był już problemem.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed zachodem słońca, więc wykorzystaliśmy te chwile na bieganie o plaży i odkrywanie kolejnych jej elementów (piasek jest idealnym miejscem do rysowania patykiem). Oddaliśmy pareo i byliśmy już wolni. Oczywiście towarzyszyło nam kilkoro dzieci, które zafascynowane były małym, białym, biegającym chłopcem. Podchodziły do niego, zaczepiały, dotykały i próbowały się skomunikować. Olkowi niestety dalej się to nie podobało. Bał się, nie rozumiał tego, co się wokół niego dzieje i za każdym razem próbował się wycofać.

Kolację jedliśmy u nas. Była rybka z frytkami i kluski dla Olka. Menu dla lubiących mięso jest ubogie, ale da się coś wybrać alternatywnego, czyli rybnego.