8.01 2017 MAŁPKI, LAS NAMORZYNOWY, KRABY, ŻÓŁWIE, WĄŻ, RYBY I ZNÓW JELLY FISH. NO I NIESPODZIEWANY GOŚĆ!

Wyspaliśmy się dość szybko i przy tym z efektem mrożenia. Klimę trzeba było wyłączyć, bo zimno było. Nie wierzyłam, że mogę coś jeszcze takiego napisać.

Poszliśmy na śniadanie i naszło nas. Trzeba nam wycieczki, w końcu się gdzieś ruszyć. Niedługo myśląc, decyzja zapadła, a celem stały się małpki. Olcio od razu szczęśliwy. Mieliśmy tylko jedno ważne zadanie – naszykować się w 15 minut, bo taksówkarz przyjedzie. Udało się w 10, choć przy Olku było to wyzwanie. Pakował wszystko, włącznie z zabawkami.

Do Tanzanian Jozani Chwake Bay National Park wyjechaliśmy przed 9, więc tłoku nie przewidywaliśmy. Droga wiodła przez…pustkowie, tak się wydawało. Domy mizerne i ledwo trzymające się, okazywały się miejscem zamieszkania kilkuosobowej rodziny.

Jozani Park znajduje się w centralnej części wyspy i zajmuje ponad 50km2 powierzchni. Powstały dzięki kilku organizacjom wewnętrznym i zewnętrznym (m.in., UNESCO, WWF, IUCN), jest jedynym Parkiem Narodowym całego Zanzibaru. Główną atrakcją tego miejsca są małpki. Olek nie może się doczekać. Po około 30minutach dojechaliśmy. Oczywiście dokładnie można się domyślić zbliżającej atrakcji, gdyż wjeżdża się w strefę zieloną, wysokich drzew, głównie palm.

Mała dróżka w lesie i byliśmy na miejscu. Kierowca taksówki pokierował nas tam, gdzie kupuje się bilety, ale my już zaczęliśmy się rozglądać za małymi stworzeniami. Podczas wypisywania dokumentu (poświadczającego nasz pobyt w Parku oraz pokrycie kosztów przewodnika) podbiegła małpka. Wszyscy byliśmy podekscytowani jej ufnością oraz odwagą w próbie wmieszania się w tłum ludzi.

Strażnik parku patrząc na Olka stwierdził, że za niego nie musimy płacić, więc koszt jest tylko za mój bilet, czyli 20 000 szylingów. Jeszcze pozostało wpisanie do księgi, że to ja „Agnieszka” z Polski i zaczęła się nasza podróż z przewodnikiem.

Całość miała trwać ok 1h i podzielona na trzy części: małpki, las tropikalny i las namorzynowy. Olek grzecznie szedł za przewodnikiem i rozglądał się po drzewach. Nie trzeba było długo szukać, bo małpki nic sobie nie robiły z naszej wizyty i wisiały bądź leżały odpoczywając na gałęziach.

Z tego, co opowiadał przewodnik, to małpki zwą się Gereza Ruda (Red Colobus, łac. Pilliocolubus kirkii), rodzaj ssaka z rodziny koczkodanowatych, które występują tylko na Zanzibarze. Małpki są niewielkie, ich masa ciała nie przekracza 13kg dla samców i 9kg dla samic. Ich długość to 70cm, a ogon to dodatkowe 80cm. Ich kolor zależy od wieku. Młode są szarawe, a z wiekiem brązowieją (rudzieją). Dorosłość osiągają w wieku ok. 6 lat, a ich życie kończy się w okolicach dwudziestki. Co wyróżnia te małpki, to 4 palce w przednich łapkach, 3 w tylnych. Żywią się roślinami, a ich dieta uboga jest w cukry. Słodkie im szkodzi. Jeśli potrzebują się oczyścić, to zjadają dojrzałe owoce. Żyją w stadach rodzinnych, a jedno ich skupisko może składać się z więcej niż jednej rodziny.

Prócz małpek żyją tu również szare wiewiórki, które przemknęły tak szybko, że Olek nie zdążył ich zauważyć oraz motyle, które nas obserwowały. Poza nimi wśród krzaków spotkać można biegające …… Ale dostrzeżenie ich jest bardzo trudne. Park jest również oazą ptaków…….

Kluczenie ścieżkami i wyszukiwanie różnych stworzeń spowodowało, że całkiem straciłam orientację w terenie. Poza tym nie byliśmy sami i trzeba było pamiętać jak wygląda nasz przewodni, żeby się nie odłączyć od grupy.

Przestrzeń z małpkami „na pokaz” jest dość mała, faktem jest, że nie sposób ich nie zauważyć, a przewodnicy czekali aż każdy zrobi sobie pamiątkowe zdjęcie.

Dalej szliśmy wąską ścieżką, zrobiło się lekko gęsto aż doszliśmy do szerszej „alejki”. Tam rozpoczęła się nasza lekcja o roślinności. Było tu tyle różnorodnych elementów flory, a wydawało się, że po prostu dookoła jest zwyczajnie zielono. Paprocie po pas, „apple tree” dający olej, eukaliptusy, fikusy, palmy i ogromne aloesy, to tylko przedstawiciele tej ogromnej ilości roślinności zanzibarskiej. Cały las znajduje się na skałach wapiennych, a konkretnie na skamieniałych koralowcach, które czasem wystają ponad ziemię. Największe drzewa mają rozłożyste systemy korzeniowe, które chronią je podczas ulewy przed przewróceniem się. Natomiast niska roślinność jest kryjówką wielu zwierząt. Ścieżka doprowadziła nas znów do „recepcji”, skąd mieliśmy podjechać do kolejnej części parku, czyli lasu namorzynowego. Dojechaliśmy tam naszą taksówką, bo to kawałek po drugiej stronie głównej, asfaltowej drogi.

Ścieżka prowadziła w głąb lasu.  Tam rozpoczęła się nasza wędrówka po specjalnej ścieżce wiszącej na palach nad korzeniami i błotem. Nasz przewodnik powiedział, że w lesie nie spotyka się dużych zwierząt typu lew, czy hipopotam, ale czasem spotkać można krokodyla. Głównymi mieszkańcami są jednak kraby. To one były bohaterami naszych obserwacji. Najpierw nic nie widzieliśmy prócz korzeni i czarnej, błotnistej ziemi. Jednak, jak ktoś rzucił kawałek liścia, okazało się, że nagle jakaś czarna masa poderwała się żeby chwycić zdobycz. Wierzch skorupki kraby miały ubłocone, ciemne (wręcz czarne), ale jak się poruszały zdradzały je oczy na czerwonych czubkach i niebieskawy spód. Jak już wiedzieliśmy jak patrzeć, to okazało się, że jest ich cała masa. Siadały pod korzeniami, w zakamarkach, a ogromne sztuk taplały się w wodzie. Woda w lesie występuje stale, podnosi się i obniża tylko jej poziom, w zależności od dwóch czynników: przypływów – odpływów oraz deszczu. Czyli łączy się tu woda słona ze słodką.

Jakieś pół godziny i zatoczyliśmy pętlę. To był koniec tej atrakcji. Czekały już na nas żółwie. Widzieliśmy znak, że to tuż obok więc super. Taksówkarz podwiózł nas pod samo wejście. Tam poszliśmy kupić bilety i tu też super niespodzianka. Olo nie płaci za wstęp. Patrzyli na niego i stwierdzili, że za mały żeby pobrać opłatę za dziecko.

Miejsce to nazywa się Jozani Sea Turtles Sanctuary i jest w pewnym sensie poczekalnią dla zwierząt przed wypuszczeniem ich lub sprzedażą.

Pierw poszliśmy do betonowego basenu z ogromną ilością ryb. Nie było ich tak bardzo widać dopóki pan nie rzucił kawałka chleba. Aż się zaroiło. To ta część komercyjna – ryby sprzedawane są w clu utrzymania tego miejsca.

Potem coś, co spowodowało pojawienie się uśmiechu na naszych twarzach – żółwie. Spory basen,  kilka dużych osobników i trzy mniejsze. To przedstawiciele …….

Ostrożnie, ale mogliśmy je nakarmić, rzucić zielone wodorosty, więc Olo był bardzo podekscytowany. Ale jeszcze większą frajdę dał mu fakt dotykania i trzymania żółwia w rękach. Mały osobnik, acz ruchliwy, więc obił rączki Olka. Chichotu przy tym co niemiara. Pan zapewniał, że niedługo część z tych żółwi zostanie wypuszczona na wolność.

Potem podeszliśmy do ogromnego, kamiennego kręgu. Okazało się, że to wybieg dla żółwi lądowych. Gruba skorupa z wypustkami oraz ogromne pazury, tak przedstawił się nam ten większy osobnik. Mniejszego trzeba było zachęcić, czyli podrapać po skorupie żeby okazał się w całej krasie.

Kolejny krąg i …ojej.. to wąż boa. Aaaaa…. Co na to Olek? Podszedł, wziął węża do ręki i dał sobie go założyć na szyję. Musiałam bardzo uważać na Olka nieskoordynowane ruchy, bo tu niby wszyscy pilnują zwierząt, ale jak się coś stanie, to trudno (takie podejście).

Zostały jeszcze ogromne żółwie lądowe. Te, które chodziły po wybiegu, pod drzewami miały od 20 do 50 lat, czyli w miarę młode osobniki. Samce od samic można rozróżnić po długości i grubości ogona. Samice mają krótszy i prosty ogonek. Samce również mają większe i grubsze pazury. Mogliśmy jednego z nich pogłaskać po głowie. Olkowi spodobała się ta twarda, a z drugiej strony delikatna skóra. Na jednego z nich przewodnik posadził Olka. Trochę to słabe, b zwierzęta nie są do tego. Poprosiłam synka żeby zszedł i posłuchał, bo wiedział, że to może żółwia boleć.

Super wrażenia, czas się skończył, wróciliśmy do taksówki, która mknęła wśród pustkowi z powrotem. Po drodze mieliśmy tylko mały przystanek żeby kupić banany i wróciliśmy do Jambiani.

Olcio był tak zmęczony, że zdrzemnął się na leżaku. Mi też przymknęło się oczy.

W pewnym momencie przyszedł właściciel i powiedział żebyśmy wstali i spokojnie się obejrzeli. Okaało się, że na tarasie siedziała małpka. Śmialiśmy się, że zabrała się z nami taksówką. Takie wizyty są rzadkie. Frank (właściciel) mówił, że jak wizytator przyjdzie raz na rok, to jest super. Nam się udało. Dzień pod znakiem małpy. No ale ale … to niebezpieczne. Dzika małpa, nie wiadomo czy nie chora i nie wiedzieliśmy jakie miała zamiary. Wszyscy chwycili za aparaty i biegali jak paparazzi za wielką gwiazdą. Mnie ta sytuacja trochę przeraziła, bo jednak to coś nieprzewidywalnego (po stronie małpki, jak i Olka). Musiałam pilnować swoją pociechę żeby nie był zbyt głośno, żeby nie zbliżał się do zwierzaka i nie wykonywał gwałtownych ruchów. Olek nacieszył oczy, ja obiektyw aparatu, ale….nasz pluszowy pies Szogun stał się obiektem pożądania. Niedobrze, bo małpka wodziła oczami za zabawką, którą trzymał Olek. Chwyciłam pluszaka i w nogi do pokoju żeby go schować (żeby małpa nie pobiegła za Olkiem). Olo zaczął płakać, bo mu zwierzak chciał zabrać przyjaciela do spania. Na szczęście skończyło się dobrze. Pies uratowany, małpa grzecznie sobie poszła.

Zaskoczyło mnie tylko jedno, nikt się nie bał podchodzić do dzikiego zwierzęcia tak bardzo blisko. Tylko ja jakaś taka przezorna i ostrożna, może przewrażliwiona.

Dzień miał się ku końcowi, więc przydałoby się coś zjeść. Zamówiliśmy ośmiornicę z frytkami. Była pyszna. Już noc, a my padliśmy.