7.01 2017 SPACER PO PLAŻY, BLISKIE SPOTKANIA Z BLUE JELLY FISH (MEDUZA) I OŚMIORNICA NA KOLACJĘ

Dzień rozpoczęliśmy zbyt szybko, bo o 7:00. Chwila relaksu i wybudzenia na tarasie i śniadanie dały nam siły na wygłupy tego dnia. Olek zaczął już z rana ze wszystkimi złymi stronami własnego „ja”, ale cóż jak nie teraz, to potem.

Udało mi się go namówić, lekkim szantażem, na spacer wzdłuż plaży. Pod pretekstem zobaczenia „remizy strażackiej” na morzu, którą widzieliśmy po pewnym czasie z daleka (czyli czegoś hotelowego ala molo), moglibyśmy wędrować pełni zapału i ochoty.

Oczywiście po drodze zaczepiało nas kilku „kapitanów”, czy „przewodników” najlepszych pod słońcem, którzy koniecznie zabraliby nas na snoorkowanie, czy strikte „spice” wycieczkę. Tacy świetni, że oczywiście proponowali wycieczkę nie nadającą się dla tak małych dzieci, a drugą mało interesującą. Z uśmiechem odmawiałam.

Szliśmy dalej, czasem wskakując do morza żeby zmoczyć nogi, powrzucać z powrotem mszle (bo przecież nie możemy ich wziąć), czy  też pobawić się w berka.

Na plaży zauważyliśmy małe, szybko biegające kraby, które zbyt szybko chowały się przed Olkiem. Ale zaraz spotkaliśmy już nie ruszającą się, ogromną  sztukę (w porównaniu do tych uciekających maluchów). Mogliśmy go dokładnie obejrzeć, sprawdzić czy ugryzie i obfotografować z każdej strony.

W pobliżu „remizy” zawróciliśmy, bo słońce już zaczęło mocniej operować, a z dzieckiem zbyt daleko nie ma co się zapuszczać, bo byłoby to nudne. W drodze powrotnej Olka zaczepiały dzieci, ale znów się wystraszył. Niestety z bliskością i to tą natarczywą mój synek miał problem. Mijaliśmy również kilka łodzi rybackich oraz te, które zabierały turystów na małe rande vou.

Należało nam się odpoczywanie po takim wysiłku, więc zalegliśmy na tarasie, włącznie z zaliczeniem drzemki, 1,5h i byliśmy zregenerowani.

Ze względu na potówki Olka (które pojawiły się po upalnej nocce), chciałam wykąpać Olka w słonej wodzie. Powinno przysuszyć krostki i byłoby po problemie. Ubrany w kąpielówki i wysmarowany wystartował w stronę wody. Weszliśmy może po kolana. Miało być przyjemnie, położyłam Olka sobie na ręce i udawaliśmy, że Olo pływa. Nagle wrzask i płacz!!! Żadnej info co się stało. Chwyciłam go do góry i sama zaraz dowiedziałam się co się stało. Blue Jelly Fish (mała, niebieska meduza) przywarła mi do ręki. Olcia musiało nieźle piec, bo jaki się okazało, miał dwa ślady. Wszyscy z plaży patrzyli co się stało, a Frank (właściciel domu) wyszedł nam naprzeciw. Od razu kazał przynieść jakiś płyn i maść. Płyn na wacik i trzymać przy poparzonym przez meduzę miejscu, a potem posmarować maścią, tak zalecił. Olo się trochę uspokoił, a po założeniu plasterka z Kubusiem Puchatkiem przeszło mu płakanie. Musiało go nieźle wystraszyć, a poparzone miejsce piec. Czułam to też ja.

Miało być tak dobrze, a wyszło jak zawsze. Nie dość, że swędziały go potówki, to jeszcze piekła ręka. Na szczęście Olek długo nie rozpacza nad przeciwnościami losu i na szczęście nie bał się znów do wody.

Znów wyszliśmy na spacer. Olkowi się podobało. Szalał, właził powoli do Oceanu, tarzał się po piachu, wrzucał błoto do wody, czyli wszystko jak normalny trzylatek, bez lęków.

Spotkaliśmy po drodze pana z pieskiem, chłopcy puszczały małe żaglówki na wodzie, dziewczynki próbowały swych sił na jednym rowerze, a w oddali na niebie widać było las „latawców” katesurferów. Fajnie, bo co wyjście, to spotykało nas coś nowego.

Po powrocie okazało się, że odbywają się kolejne rozgrywki piłki nożnej. Znów mogliśmy popatrzeć, jak wspaniale można cieszyć się z gry i to z prawdziwymi emocjami.

Wieczorem postanowiliśmy sobie dogodzić. Zamówiliśmy ośmiornicę z frytkami. No miodzio. Grillowana ośmiornica pochłonięta była w trymiga. Nawet Olciowi smakowała (jadł pierwszy raz w życiu). Popijaliśmy oczywiście colą (chyba stanie się to tradycją).

Najedzeni kładziemy się spać. Nocka z klimatyzacją, zobaczymy jak to będzie.