6.01 2017 KOLEJNY DZIEŃ LABY, OWOCE I SKLEP. RYBKA NA KOLACJĘ, MECZ NA PLAŻY

Wstaliśmy bez pośpiechu około 8:00. Umyłam się, ubraliśmy i chycnęliśmy na taras na poranne przywitanie Oceanu.  Oczywiście powitała nas wspaniała pogoda, turkusowa woda i bielutki piasek. Powolutku zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy sprawdzać się jako budowniczowie zamków i wież. Całkiem nieźle nam szło. Babki, misie, pieski i żółwie, a nawet wieża dla Spidermana. Czego się nie robi dla dziecka.

Drzemkę zrobiliśmy sobie na tarasie, bo lepiej z wiaterkiem niż z klimą w pokoju. Olo się przytulił i odpłynął. Mi też się przysnęło, bo nie zorientowałam się, że przyszli ludzie na lunch.

Na tarasie zadgadał do nas kucharz – Hasan. Młody, fajny człowiek, nieźle mówiący po angielsku. Żyje w Jambiani dla babci, która nie chce nigdzie się wyprowadzić. Trochę opowiedział nam o wiosce. Jambiani jest jedną z większych wiosek na wyspie. Mieści się tu szkoła podstawowa, średnia oraz wiele miejsc usługowych, nie wspominając już o hotelach i restauracjach.

Na Zanzibarze nauka jest bezpłatna od 3 roku życia w szkole (trzeba pokryć jedynie albo aż koszt długopisów, zeszytów i stroju). Dzieciaki licznie uczęszczają do szkoły. Maluchy mają łagodniejszy rygor odnośnie ubioru, acz mają wyglądać schludnie. W szkole średniej musi to być biała koszula i czarne spodnie. Dzieciakom ustala się drogę do domu, dlatego w południe widzieliśmy gromadki przechodzące plażą. Były wesołe, bo piątek i krótszy dzień w szkole (tylko do południa). Mają potem wspólne modlitwy i …wolne.

Jak tutejsi tłumaczą dwa razy większe ceny dla białych i turystów? Ano twierdzą, że jak oni coś kupują, gdzieś jadą lub oglądają, to to wszystko zostanie w Tanzanii, My – turyści zabierzemy to wszystko we wspomnieniach, na zdjęciach lub w rzeczach materialnych do domu. Czyli to wywieźliśmy.

W ciągu dnia wioska nie wygląda efektownie, ledwo stojące chaty (przynajmniej nam – obcym się tak wydaje), zbudowane z dostępnych środków, m.in. koralowców, kamieni, które wyrzuci morze, jak również cegieł, cementu i blachy. Skromniejsze wersje powstają z liści palmy. Oknami są jedynie ramy, bo jest tak ciepło, że uszczelnianie dziur wentylacyjnych byłoby bez sensu.

Kucharz zabrał nas na „targ” owocowy oraz marketu. Owoce sprzedawane były ledwo w stojącej budzie. Banany – całe kiście, marakuja, dwa jabłka, to koszt 5000 (czyli ok.2pln). W markecie (szumnie nazwanym), raczej nic ciekawego nie udało się upolować. Wróciliśmy plażą, więc gdyby co, to już wiem jak się tam dostać jeszcze raz.

Olcio zaczął już sam biegać i podskakiwać po plaży, czyli zaczął się rozkręcać.

Po powrocie próbowaliśmy się pobawić przy leżakach przed domem, ale nie za bardzo się dało. Dzieciaki chciały wszystko zabrać, albo mówiły, że zabawki są dla nich. Gorzej, że nie reagowały na upominania żeby nie ruszały aparatu fotograficznego. To był koniec zabawy, ale tylko na piachu. Przenieśliśmy się na górę. Trudna sprawa…te dzieciaki są nauczone żebrania i nie mają dostępu do tylu zabawek.

Około 17:30 na plaży rozpoczął się mecz. Minimum 20 chłopaków i mężczyzn biegało za piłką po plaży. Boisko wąskie, acz długie. Mogliśmy w tym czasie ich poobserwować, a nawet raz podać piłkę. Większość grała w stroju codziennym, ale było kilku zawodników ubranych profesjonalnie – getry i byty. Poważne rozrywki, bo przy golu było ich słychać pewnie na końcu wioski. W tym czasie dzieciaki czekały przy naszym płocie zaczepiając nas. Odważniejsze wkradały się i zaczepiały Olka, co mu się do końca nie podobało.

Wieczór skończyliśmy na tarasie przy rybie z frytkami i tutejszą colą. Taką ucztę sobie zrobiliśmy. Ryba pyszna, biała, mało ości, mokra, mięso samo się rozkładało przy dzibnięciu widelcem. Frytki zrobione były z ziemniaków, więc przypominały się stare, dobre czasy prawdziwych frytek. Cola smakowała oczywiście inaczej, mniej słodka, ale ostrzejsza i wyrazistrza w smaku.

Szykowanie się do spania, to rozkminka jak sobie poradzić z upałem. Otwate okno niestety nie pomogło.