5.01 2017 KARIBU JAMBIANI…POLE, POLE

Wstaliśmy dość wcześnie, bo około 9:00 (czyli polskiej 7:00). Mimo, że trzeba było załatwić formalności, zjeść śniadanie, to pierwsze kroki skierowaliśmy instynktownie w stronę morza. Wybiegliśmy przed dom i blask promieni słonecznych aż nas poraził. Oczy chwilę musiały się przyzwyczajać. Ale widok…WOW!!!! Nie da się tego opisać, po prostu bajka, jak z obrazków w TV. Turkusowe morze, słońce, biały piasek i przycumowane łódki. Bosko i to przez 2 tygodnie! Plaża i nie ma „parawaningu”, pozajmowanych miejsc, leżaków itp. Tylko przestrzeń i my!

Śniadanie wydawane było na górze, na tarasie. Na początek owoce (marakuja, śliwki, papaja), potem jajka, tosty i naleśniki z kardamonem.

Cudownie tak sobie siedzieć na tarasie z herbatką. Szum morza i wiatr we włosach sprawiały, że aż się nic nie chce. Też tak można. Totalna laba, luz i jak tu wszyscy powtarzają „hakuna matata”.

U właściciela dopełniliśmy formalności i wakacji był czas zacząć! Oczywiście rzuciliśmy się na kostiumy i kąpielówki wiaderka, łopatki itp. I szybko na plażę. Piasek drobniusieńki, jak pył, miękki i wilgotny, w sam raz do robienia babek. Pierwsze co, to oczywiście smarowanko 50-tką. Olek wysmarowany od stóp do głów mógł się już bawić. Ja próbowałam sama się ogarnąć (co potem miał swoje konsekwencje). Zabawa przednia, foremki, bieganie po falach, łapanie uciekającej piłki. Niby krótko, ale czuło się promienie słońca. Niby grzanie zza chmur, ale takie jest najbardziej zdradliwe.

W wodzie wszędzie muszle małe, większe, jeżowce…raj, tyle, że tylko do pooglądania. Do Polski nie można absolutnie niczego zabierać. Możemy szukać i używać ich do ozdabiania zamków z piasku. Dzieci na plaży, jak się potem dowiedzieliśmy, sprzedają muszle za drobne pieniądze. Jak ktoś nie wie o zasadach, to pieniądze wyda, a pamiątkę będzie musiał i tak zostawić.

Szczyt sezonu, a tu nie ma żywego ducha. Turyści śpią czy co??? Trochę to zadziwiające. Rozumiem, że pewnie dzieci pewnie w szkole, faceci udają, że straszliwie pracują, a kobiety ogarniają wszystko. Ale gdzie ci ludzie, którzy tu odpoczywają?

No cóż, nie będziemy z tego powodu narzekać. Jest cudownie, a w raju jesteśmy sami, nikt nas nie lustruje, nikt nie zwraca na nas uwagi i my też nie musimy się przejmować.

Oczywiście dopadło nas dwóch gości, nie nachalnie, aczkolwiek uporczywie, żeby nam coś zaproponować (wycieczkę, przepłynięcie się łodzią lub pobyt i lunch w najlepszej restauracji), ale dali sobie spokój, bo widzieli, że jednak się nas nie namówi.

Potem przenieśliśmy się na leżaki, trochę osłaniające nas od palącego słońca. Kilku lokalsów gdzieś przeszło, jacyś turyści wypłynęli łódką i para wypróbowywała swojego kate’a ..i cisza, spokój i nic więcej.

W okolicach południa zamówiliśmy lunch, bo Olo mało co jadł i próbowaliśmy go do czegoś przekonać, więc spaghetti go przemogło. Po kluseczkach drzemka. Obydwojgu nam była potrzebna. Wstaliśmy pełni sił, ale okazało się, że moje plecy doznały przypalenia. Lokalsi mówią o takich przypadkach, że mam skórę, jak czerwony banan (że biali przyjeżdżają i pierwszego dnia czerwienieją). No cóż,,, będę chodzić teraz w koszulce.

Leżaki na dole, leżak na górze, na tarasie, Było superancko w końcu totalnie nic nie robić. Olo wniebowzięty. Mógł się bawić do woli, oglądać bajki i jeść ciastka. Popołudniu przemieściliśmy się na leżaki na dole. Zaczęły nas zaczepiać tam dzieciaki. Olek był trochę przestraszony, ale powiedział że się podzieli zabawkami na czas zabawy. Ale dzieci niestety takiego nastawienia nie miały. Nie cackały się, tylko od razu mówiły „daj”, więc nici z zabawy. Może się nauczą i my ich się nauczymy.

Potem wieczór na tarasie. Wiatr we włosach i wylegiwanie się.

Oczywiście prysznic i klimatyzacja nie za dużo dały. Znów gotowanko w nocy. I ulewa. Deszcz przyszedł w nocy nagle. Lunął i szybko się skończył.