13.01 2017 MORSKI OGÓREK, SPACER NA OBIAD I POWRÓT W CZASIE PRZYPŁYWU

Kolejny dzień mieliśmy rozpocząć standardowo od spaceru po plaży, a tu niespodzianka, deszcz. Ale, że jak to? Tutaj, o tej porze roku pada??? Nie mogliśmy się nadziwić faktowi, że krople obijały się o dach. Aż musieliśmy to zobaczyć. Ubraliśmy się w koszulki i wybiegliśmy na zewnątrz. Deszcz okazał się niewielką mżawką, która za kilka minut zniknęła. Powietrze się trochę oczyściło, a słonko wróciło na dobre. Mogliśmy bez przeszkód zrobić sobie kolejną sesję fotograficzną jak to Olek tarza się po piachu i strzela różne miny. No i podczas naszej aktywności znaleźliśmy kolejnego „potwora” leżącego na plaży. Wyglądało to jak kilkunastocentymetrowy, galaretowaty glut lekko już zbrązowiały. Obejrzeliśmy go z każdej strony, ale nie odważyliśmy się dotykać, bo co jak parzy? Zrobiłam temu czemuś fotkę i postanowiliśmy zapytać Frank’a (właściciela domu) po powrocie co to takiego.

Spacer się udał, Olkowi też się nie nudziło. Miał swój patyk i rysował na piasku zagadki dla mnie. Fajnie było zrobić sobie taki codzienny rytuał.

Okazało się, że nasz okaz z plaży to strzykwa, potocznie nazwana ogórkiem morskim. Zwierzę denne, mułożerne, które jest bardzo popularne na całym świecie. Tyle jeszcze możemy się nauczyć. A Olek wspomniał, że w jego bajce „Oktonauci” Kocurro ratował ogórka morskiego. Niby kreskówka, ale coś mądrego ze świata zwierzęcego przemycone.

Śniadanie nam jakoś nie szło. Mi chyba zaczęło się nudzić, a Olek miał milion pomysłów tylko żeby nie usiąść przy stole.

Myślałam, że tego dnia popłyniemy znów łódką zobaczyć rafę, ale Olko stanowczo powiedział, że nie chce i woli się pobawić. Budowanie zamków z piasku i babki z foremek były pasjonującym zajęciem. Trzy ziarenka za mało i musiałam robić je od nowa i jeszcze raz. Trochę przy tym było śmiechu, mnóstwo zabawy i nie oszukujmy się – mały powrót do dzieciństwa.

Zostawiliśmy po jakimś czasie nasze budowle (trudno powiedzieć na jak długo się odcięliśmy) i poszliśmy się zdrzemnąć.

Obudziły nas burczące brzuszki. Czas na obiad, czyli spacerek do restauracji nas czekał. Olek stał się już pewniejszy siebie i nie bał się odejść na plaży na 3 kroki. Biegał, szurał nogami po piasku i skakał po lekkich falach, czyli pełne wykorzystanie uroków plaży. I to ciepłe słońce, tylko na nie trzeba było uważać.

Jakoś zrobiło się „nudnawo”, bez niespodzianek, po znajomej trasie, w określone miejsce. Musimy się gdzieś ruszyć. Bo nas wciągnie ten „stateczny” odpoczynek. Ale my mieliśmy na szczęście plan na kolejny dzień – pływanie z delfinami. Obydwoje nie mogliśmy się doczekać.

Na obiad oczywiście były owoce morza oraz ryż.  W tradycji zapisały się też lody, Olek mógł wybrać spośród tylko dwóch smaków (waniliowy i czekoladowy), ale i tak super, że pojawił się wybór.

Kelnerzy już Olka rozpoznawali i cieszyli się, że w końcu będzie się coś działo. Tak, to restauracja była nudna. Mieszkańcy hotelu leżeli, jak foki na leżakach i tylko w przypływie ogromnej potrzeby prosili o kolejnego drinka, piwo lub napój chłodzący. Olo za to biegał dookoła stołu, robił dziury w piachu, rozwalał system nawadniający lub strzelał miny do kelnerów. A że mały i blond „aniołek”, to wszystko wybaczali.

Jak zwykle przygotowanie naszego obiadu trwało. Zanim go przygotowali i przynieśli, to zaczął robić się przypływ, więc powrotna droga znów będzie wyzwaniem.

Jedzenie pyszne, dawno nie jadłam tak dobrego dania „morskiego”. Olo też chyba jadł najlepszy na świecie ryż, bo znikał w mig. Najedzeni podziękowaliśmy, wymieniliśmy uprzejmości z właścicielem restauracji i mogliśmy wracać do siebie. Byłoby łatwiej, gdybym zabrała ze sobą jakiekolwiek obuwie. Wyzwaniem również stał się dodatkowy ciężar do noszenia, czyli Olek. Najedzony i zmęczony upałem powiedział, że nie da rady dalej iść, więc dobrze by było go wsadzić „na baranku” (na barana). Ech…czego nie robi się dla dziecka.

Z dzieckiem na barana szłam plażą do momentu, kiedy się jeszcze dało. W pewnym momencie fale stały się zbyt wysokie, a siła rozbijającej się wody była już zbyt niebezpieczna. Trzeba było wejść w głąb wioski. Na szczęście byłam przygotowana pod względem ubioru (czyli zakryte ramiona, spodenki), więc tylko trzeba było trzymać się jak najbliżej plaży.

Mimo wszystko wzbudzaliśmy zainteresowanie wszystkich mieszkańców. Turystka z dzieckiem na barana spaceruje na bosaka po ulicy. Nieźle być również atrakcją.

Co jakiś czas sprawdzaliśmy możliwość powrotu na plażę, ale szanse mieliśmy marne. Dopiero po kwadransie udało nam się przejść przez „ścieżkę zdrowia” i wrócić nad wodę. Dlaczego droga dla zdrowia? Mimo, że z ulicy widzieliśmy ścieżkę wzdłuż morza, to dotarcie tam było wyzwaniem. Szeroki pas pustostanu, kilka drzew i …te drobniutkie szyszki. Trwało to zbyt długo, z zaciśniętymi zębami szłam rozmawiając z Olkiem, że mamę kłują kulki w nogi. „Ojć! Ajć ..”, a Olek się chichotał. Dobrze, że to nie trwało wieczność. Dotarliśmy. Dalej było przyjemniej. Lekkie fale muskające obolałe stopy oraz zachodzące słońce od razu dodały energii.