Nadszedł ten czas, kiedy trzeba było w końcu uwierzyć, że podróż z dzieckiem w pojedynkę, nawet tak daleko jest możliwa i będzie niezapomnianą przygodą. A Zanzibar kojarzył się z cudownymi bezkresami, spokojem, jak również tajemnicami do odkrycia dla najmłodszych.

Uroki Zanzibaru, 2017

04.01 2017 ZE ŚNIEŻYCĄ DO KATOWIC, WIZYTA U SFINKSA I „KARIBU ZANZIBAR”

Ostatnie godziny w pracy, pakowanie …nie było czasu na myślenie o „zwolnieniu myśli i tego co się będzie działo”.

O godzinie 2:00 w nocy pobudka. Trzeba było się zbierać i jechać na lotnisko w Katowicach. Droga trudna, w Polsce postanowiła w końcu ujawnić się śnieżna zima, która zaskoczyła drogowców. Strachu trochę, ale nie o tym…

Na lotnisko dojechaliśmy na styk (zawiózł nas ojciec Olka). Kończyła się już odprawa i nadawanie bagażu. Skorzystaliśmy z przywileju i podeszliśmy bez kolejki. Zostało nam tylko przejść przez kontrolę celną. Niestety tu też niespodzianka. Olo już za duży żeby mu zabrać coś własnego do picia na pokład. Trochę wkurzona (bo w końcu 10godz. lotu, a ja nie wiem co będą sprzedawać w samolocie) pomyślałam, e wszystko ma swoją „wakacyjną cenę” i nie pozostaje nam nic innego tylko zwiedzić wolnocłówkę. Ale przecież nie mógł to być koniec niespodzianek. W sklepie wolnocłowym zabrakło jakiejkolwiek wody! Mogłam Olkowi kupić słodki sok, colę lub…nic więcej. Był tylko alkohol pod każdą postacią. Nie pozostało nam nic, tylko zaopatrzyć się w najpopularniejszy napój na świecie i czekać na wejście do samolotu.

Z lekkim opóźnieniem, weszliśmy na pokład. Samolot pełny. Koło nas pan, który z lekką obawą, ale dzielnie rozpoczął z nami podróż.

I jak pisałam o niespodziankach, kolejna – nie mogli wypchnąć samolotu na pas startowy, a potem jeszcze musieliśmy poczekać na odladzanie skrzydeł i dzioba.

Samolot niby gotowy, my już w blokach startowych, zgasili światło, ja do Olka, że zaraz start…i dalej nic. Wszyscy czekali w skupieniu, a Olek w ryk! „Bo nie lecimy …buuu”. Przeraźliwa cisza i okropny płacz Ola. Chyba wszyscy się rozbudzili. No cóż, życie.

Olka udało się uspokoić, po jakiś 15 minutach rozpoczęliśmy kołowanie, a potem wystartowaliśmy. Pilot poinformował, że będzie próbował nadrobić trochę spóźnienia w drodze do Hurgady.

Było jeszcze wcześnie, więc udało mi się namówić dzieciaczka żeby jeszcze się zdrzemnął. Na zmianę, bawiliśmy się, oglądaliśmy bajki, sprawdzaliśmy widoki i znów się bawiliśmy. Oczywiście przegryzaliśmy przy tym różne łakocie i kanapki, które zabraliśmy w torbie.

Około 10:00 podali nam ciepły posiłek (indyk w panierce w sosie z brokułami). Olo nie chciał tknąć ani kawałka, więc trąciłam również jego porcję.

Chwilę potem (co oznacza godzina wobec dziesięciu), wylądowaliśmy w Hurgadzie. Podczas kołowania nad Egiptem, oglądaliśmy jak wygląda ten kraj. Wybrzeże, to pas hoteli, a dalej nic i nic. Jakoś mnie to miejsce nie ujęło.

W czasie tankowania na lotnisku otwarto drzwi samolotu, ale kazano pozostać na swoich miejscach. Przyszła też nowa załoga samolotu i poinformowała, że zniweluje poślizg czasowy w dalszej drodze.

Po starcie z Hurgady chwilę oglądaliśmy co jest za oknem. Nicość, pustka i wyrastające dość ostro góry, które były jedynym elementem krajobrazu.

Pilot czasem informował co mijamy i czego możemy się spodziewać w oknach. Równika się nie zobaczy, ale Kilimandżaro już tak. Z góry nie wygląda tak efektownie, jak na zdjęciach.

Na Zanzibarze wylądowaliśmy o czasie (18:25 czasu lokalnego, czyli +2h do czasu polskiego). Lotnisko powitało nas już o zachodzie słońca, ale to nie oznaczało, że było chłodniej. Temperatura na przywitanie przekraczała 33°C! Uderzył nas upał, ale dało się.

JUMBO! (cześć do turystów, potem towarzyszyło nam przez cały wyjazd)

Prócz naszego samolotu, wylądował jeszcze jeden, więc w hali przylotów było tłumnie. Trzeba było jeszcze wypełnić dokumenty wizowe, przejść kontrolę i odebrać bagaż. Karty wizowe zawsze mnie śmieszą, bo ludzie denerwują się, gdy je wypełniają, a przyjmujący je wcale na nie nie patrzą. Ważne żeby uiścić opłatę wizową 50$ za osobę. Co dziwne, nie przyjmowali gotówki. Płatność TYLKO kartą (na wszystkich stronach internetowych i relacjach osób, które tam były, płatność za wizę odbywała się tylko gotówkowo). Potem trzeba było udać się do budki celnej i tam „uśmiechnąć się” do kamery i… zostawić odciski dłoni i palców (prawa i lewa dłoń plus obydwa kciuki). Od Olka tego nie wymagano.

No to jesteśmy już na wakacjach? Walizka…trzeba odnaleźć naszą walizkę. Wszystkie bagaże poustawiane były na ogromnej powierzchni i wszystkie wyglądały podobnie. Wypatrzyłam nasze manele dość szybko i mogliśmy szukać kolejnego punktu do zaliczenia, czyli kantoru. Jedna, jedyna budka, która wymieniała gotówkę (1$ = 2100szylingów tanzańskich) i zostaliśmy milionerami. Miłe uczucie.

Wydawać się mogło, że to już wszystko, ale walizki trzeba prześwietlić jeszcze raz. No i JUŻ!

Szukaliśmy naszego taksówkarza z kartkę i go szybko wypatrzyliśmy. Stał z kartką. Nasza podróż miała trwać około godziny, a naszym kierowcą jest Ali.

Zrobiło się ciemno i nie za dużo było widać, a niektóre jak przez mgłę. Na Zanzibarze obowiązuje lewostronny ruch i tak, jak w Nepalu, nie do końca rozumiem kto i kiedy ma pierwszeństwo (mimo świateł). Droga była nieoświetlona, więc widać było tylko to, co miało lampeczki, czyli sklepy, czy punkty usługowe. Bijące blaskiem były tylko banki, które dostrzec można było z daleka.

Godzina 19:00 tutejszego czasu, a na ulicach tylko siedzący panowie, w porywach oglądający gromadnie TV. Gdzieniegdzie rozstawione były kramy z jedzeniem. Przejechanie obok oznaczało zebranie różnorodnych zapachów, które już wskazywały na istotę przypraw.

Zjechaliśmy z głównej drogi, lekko wyboista asfaltówka wiodła wzdłuż alei drzew. Pewnie po widoku wyglądałoby to cudnie. W nocy, gdy wszystko ciemne, trochę to przerażało. Jechaliśmy i jechaliśmy. Gdyby nie kierowca, który zna trasę, zapewne błądzilibyśmy. Przy drodze nie było żadnych znaków, latarni lub czegokolwiek, co pomogłoby w zorientowaniu się gdzie jesteśmy. Jedynie na granicach stref stał znak i strażnik, który sprawdzał dokąd i kto jedzie. Nam trafiła się taka jedna kontrola, gdzie pan z krzywą miną pozwolił nam jechać dalej.

Domy po drodze chyba mijaliśmy, ale słabo było je widać (okiennice i oszczędzanie prądu).

W końcu pojawił się znak: Jambiani w prawo. Czyli byliśmy już całkiem blisko.

Po drodze mijaliśmy kilka aut. Żeby się łatwo minąć kierowcy włączają kierunkowskazy, a przed długie światła.

Ostatni zakręt i przywitała nas wyboista dróżka już bez asfaltu. Czułam się jak na crossie podskakując na wystających kamieniach, czy przechylając się na boki, bo droga nierówna.

W końcu dotarliśmy. Ciemno, dość cicho, ale w oddali słychać szum morza. Zmęczeni weszliśmy do środka, gdzie pan, który pomógł z walizką, skierował nas do pokoju. Ciemno, ale przyjemnie. Pokój nieduży, a jego głównym meblem było łóżko z moskitierą. Nie zauważyłam na początku łazienki, ale okazało się, że jest za firaną. Zaczęłam wyciągać rzeczy, ale przy tak skąpym świetle nie było to zbyt komfortowe i nie ma to sensu.

Spotkaliśmy się jeszcze z właścicielem – Frankiem, który przywitał nas, poczęstował sokiem ze świeżych owoców oraz pokazał nam taras na górze. Resztę mieliśmy załatwić rano. Okazało się, że tego samego dnia dojechali tu leż Polacy, więc możemy zagadać.

Olek już padał, ja też…tyle wrażeń. Spać! Trochę się umyliśmy, ale tuż po prysznicu miałam wrażenie, że jestem bardziej spocona i brudna niż przed. Gorąco, więc jeszcze musiałam doszukać się włączników wiatraka i klimatyzacji. Smażalnia…

Olek spał w samej pieluszce, ja w cienkiej koszulce, ale i tak ukrop. W nocy włączyłam klimę, bo już się nie dało. Spaliśmy w sumie kilka godzin, więc wystarczy.