28 IV 2006
    Zaczyna się podróż. Po 19stej pociąg do Poznania, tam ponad 3godziny na dworcu i przesiadka do Kołobrzegu. TLK do Poznania pełen, o pośpiesznym do Kołobrzegu nawet nie będę pisać.

29 IV 2006
    O 6:34 miał dojechać pociąg do Kołobrzegu, oczywiście miał kilkudziesięciominutowe opóźnienie, dlatego w czasie drogi dzwoniłam do portu, żeby nie odpłynęli beze mnie (prom na Bornholm planowo miał odpłynąć równo o 7:00). Podjechałam taxi, jak się okazało nie jedyna z tego pociągu.
    Morze było spokojne, podróż promem bezproblemowa. Już na samą myśl, że znów wypuszczam się na trekking z „domkiem” na plecach nie wiem jak się mam cieszyć. To takie małe wyzwanie, sprawdzenie samej siebie fizycznie (obejście wyspy dookoła to około 150km) i psychicznie (samotna wyprawa, bez telefonu komórkowego, internetu…, czasem zahaczenie o budkę telefoniczną).
    Po kilku godzinach trafiłam na miejsce. Pierwszy oddech i tradycyjnie musiało zacząć wiać i padać. Zimno!!! Ale w drogę! W Nexo informacja turystyczna zamknięta, a szkoda, bo chciałam sprawdzić czy od ostatniego mojego pobytu coś się zmieniło (miały wyjść broszury informacyjne w języku polskim).
    Mój zapał mnie kiedyś zgubi – znów poszłam nie tą ulicą, co potrzeba, ale znalazłam … pole Ellesgard. Nic, a nic się nie zmieniło. Tanie pole namiotowe i obok ogromny park Paradisbakkerne. Miłym zaskoczeniem był fakt, że miałam towarzystwo i to do tego Polaków – para rowerzystów, która ma w planie objechanie wyspy dookoła (tylko będą kierować się najpierw na południowe wybrzeże, a ja zaczynam od wschodu). Niezbyt rozmowni, ale kilka słów zamieniliśmy.

30 IV 2006
    Masakra. Noc bardzo zimna, około 2stopni, wiatr, deszcz, mgła… Dzień rozpoczął się fatalnie, ale nie mogłam sobie pozwolić na dzień zwłoki. Nie zapowiadało się na poprawę, namiot całkiem mokry … szkoda pisać … Słowa te piszę będąc w wędzarni w Svaneke, przymierzam się do rybki na poprawę nastroju. Śledzik pochłonięty… śmieszny… szczypiorek, surowe jajko, rzodkiewka, ciemny chleb z ziarnami plus masełko, no i oczywiście duża kopka gruboziarnistej soli morskiej…
    Muszę się ruszyć, bo daleka i męcząca droga się zapowiada. Listed (wioska rybacka, znana przede wszystkim wśród wędkarzy, ponoć można tu zjeść dania z homarów oraz napić się smacznego wina), Bolshavn (port rybacki, do którego zawitał w XIX wieku król Danii Frederik VII i obdarował mieszkańców ziemią), Melsted (z kamienną, rozłegłą plażą) …wszystkie miasteczka, gdzie była szansa przenocować (ale oczywiście wszystko zamknięte).
    Gudhejm – dotarłam tam dopiero koło 17:00 (po drodze zaliczyłam stopa). Lekko się podłamałam, bo mimo, że wszystko stoi puste, to jest ponoć zarezerwowane. Jedyną moją deską ratunku na nocleg (bo namiot przemoknięty na wylot – nie miał szans przeschnąć) to hostel młodzieżowy, który niestety nie był objęty budżetem wyjazdowym. Ale potem spotkałam kolejnych Polaków (Aśkę i Bartosza). Ten sam facet od hostelu wkręcał też ich, że niby nie ma nigdzie miejsc. Co się okazało, we trójkę dzieliliśmy domek dla 12 osób całkiem sami. Ugotowaliśmy sobie jedzonko, wypiliśmy winko … no i wysuszyliśmy wszystkie rzeczy, które porozkładaliśmy po całym domku (komicznie to wyglądało, jak namiot leżał w jednym pokoju, wszystkich ciuchy w drugim, ja w trzecim, oni w czwartym). Wieczorkiem okazało się, że pogoda jednak dała trochę odpocząć, wyszło słońce (na sam zachód …hi hi hi), więc wyskoczyłam porobić zdjęcia. Z tego zdenerwowania i zmęczenia chyba prześwietliłam kliszę. Ale wędzarnia, małe rzemiosło, port jachtowy (jedyny na wyspie tak okazały) i małe uliczki tego miasta pozostały na fotografiach.
    Cały czas zapowiadają poprawę pogody (w domku było TV) … na to liczę!